Reprodukcja

„Każdy kolejny obraz mnie nie wie już dokładnie, czym był poprzedni…” fragment tekstu autorskiego Macieja Kompfa do pracy Płaski (serigrafia) jest świetnym mottem otwierającym rozważania nad tym, czym jest tytułowa Reprodukcja. Powielenie w sztuce właściwie przejęło panowanie. Młodzi ludzie, twórcy tej wystawy nie znają już innego świata niż przepełnionego nadprodukcją reprodukcji, powtórzeń, przetworzeń, powielalnej cyfryzacji każdego możliwego wizerunku, każdej możliwej emocji. Powstaje palimpsest, tyle że wcześniejsze warstwy nie są usuwane, by zrobić miejsce nowym, lecz nawarstwiane, reprodukowane w nieskończoność, aż do szumu percepcyjnego, do zatarcia obrazu. Takie zatarcie, szum odczytu uderza w kameralnych trzech sitodrukach cytowanego Macieja Kompfa. W pracy Wszystko zostawia ślady czytamy dopisane ołówkiem słowa pod portretem rozedrganych, nawarstwionych w wielu gestach dłoni. „Emocje nie są osobne, są jednoczesne” stwierdza w filozoficznych, esencjonalnych opisach do prac. Mikroeseje, bardzo dojrzałe, to zresztą wyróżnik większości realizacji – opisy towarzyszą niemal każdej prezentowanej pracy. Myśli i słowa świadczą o tym, że reprodukcja, powielanie, odbywa się też w naszych głowach, nie tylko wizualnie na ekranach smartfonów trzymanych w rękach jak fetysze przez wszystkie pokolenia. I z tym powieleniem myślowych przekonań, problemów, wiele prac się konfrontuje, zauważa je i wyciąga wnioski.

Od lewej: Zofia Balbierz „Zgrzyt”, Karol Bachewicz „Nauka pisania”, Angelika Tomkiewicz „Sprzeciw”, Maciej Kompf „Dywanie oczy”, „Płaski”, „Wszystko zostawia ślady”, fot. Sonia Bober

Podczas wernisażu odbywał się performans Karoliny Przybylskiej, o niezwykłej, niekrzykliwej mocy. Tak jakby cisza, skupienie, pauza w biegu, w ekscytacji, wróciła do łask w młodym pokoleniu twórców. Co znamienne, była to właściwie jedyna realizacja spośród eksponowanych wykonywana w technice druku wypukłego, który kiedyś na uczelniach artystycznych nazywany był, wraz z innymi klasycznymi technikami, grafiką warsztatową (w odróżnieniu od projektowej). Termin ten dawno wyszedł z użycia, ale nie tylko przez sentyment go przywołuję, ponieważ Karolina Przybylska przyniosła ze sobą do galerii, w sensie dosłownym, mikrowarsztat graficzny. Matrycą był gumowy wałek drukarski z naniesionym wypukłym tekstem autorki, a „warsztatem” położony na podłodze skrawek pleksi z warstwą farby drukarskiej. Nadrukowywała swoje rozważania, spisane na narzędziu do reprodukowania grafik, na temat tego, czym jest oryginał (autorytetem?), czym reprodukcja (utratą oryginału, cieniem?), jaki jest cel obu, bezpośrednio na ścianie. W skupieniu, niespiesznie nanosiła precyzyjnymi ruchami wałka początkowo czytelny tekst, a później warstwa po warstwie litery w kolejnych fazach performansu/druku zlewały się w szarość i czerń. Powstała klasyczna/nieklasyczna grafika. Na ścianie – więc graffiti? Wielowarstwowość całej koncepcji miała swój finał w pozostawieniu warsztatu na podłodze, do użytku każdej osoby, która miałaby ochotę spróbować „dokończyć” pracę, wałkując dalej pozostawione przez autorkę pytania, reprodukując już tylko cień, bo miejsca na czytelny oryginał w zadrukowanej niszy już nie było. Chyba że ktoś wpadnie na to, żeby cały proces rozpocząć od nowa, na innym kawałku ściany, tylko czy będzie to oryginał czy re-produkcja? Czy ktoś inny może przejąć funkcję twórcy, nawet gdy twórca/twórczyni się na to godzi? Przybylska podjęła bardzo ciekawy aspekt, nie odchodząc od klasycznej techniki graficznej – przekroczyła ją, otworzyła szerszy kontekst.

Zdjęcie z performansu Karoliny Przybylskiej, fragment pracy Kaliny Mitkowskiej „Stan zagrożenia” (litografia na tkaninie, obiekt/sweter), fot. Witold Modrzejewski

Kolejna palimpsestowa realizacja to sitodruk Znojmo I Zuzanny Dembińskiej. „Intensywność i repetycja tych samych produktów zaczynają się nakładać na siebie, dając efekt limba i miejsca bez możliwości wyjścia.” Surrealistyczny portret strefy bezcłowej Excalibur City doskonale obrazuje problem nadprodukcji. Półprzezroczyste fantomy opakowań, nawarstwione w szaro-szarej grafice od podłogi po sufit, wołają o współczesnego Augiasza, który opróżniłby tą nieczystą, limbiczną – jak to określa autorka – strefę. Nota bene, wystawa zorganizowana została przez Macieja Kuraka i Martę Chudy w byłej przestrzeni monumentalnego sklepu bławatnego. Zostały jeszcze charakterystyczne, skośne drewniane półki na tkaniny; Bruno Schulz przyklasnąłby tej aranżacji i literacko i graficznie. Jednak wszelkiej maści sklepy cynamonowe upadają, wypierane skutecznie przez takie miejsca jak Excalibur City, a i ono chyli się ku swemu rozwlekłemu końcowi.

Podobna aura promieniuje z pracy Krzysztofa Długońskiego Królowa złomu (sitodruk i druk cyfrowy na płótnie). W dowcipny sposób diaboliczna (ach, ten falliczny nosek) Myszka Miki w konwencji graficiarskiego muralu maszeruje dziarsko po hałdach zmiętych puszek (z pewnością jest wśród nich i zupa Campbell – widzu znajdź szczegół). Reprodukcja nadprodukcji kłania się z krzywym uśmiechem disnejowskiego symbolu konsumpcyjnej popkultury. Puszki zostały skonsumowane, idziemy odpocząć do pokoju Weroniki. Praca ready-made Gdyby móc zatrzymać czas Weroniki Stefaniak złożona jest z jej drzwi do dziecinnego pokoju, oblepionych dziewczyńskim nalepkami, zza których dochodzą odgłosy chichotów i dziecięcego wesołego szczebiotania. Sosnowe drzwi uchylone są zapraszająco, jednak wejść w sferę różu, fioletów i kucyków pony nie można. Ursula K. le Guin powiedziała podobno: „the artist is the child who survived”. Wygląda na to, że autorce, która kiedyś nalepką na drzwiach ogłaszała światu: Stop tu rządzi Weronika, udało się dzieciństwo, co chyba jest rzadkością w każdym pokoleniu. Nieco podobna w konwencji, również mająca znamiona autoportetu artystki z czasów młodości jest wielkoformatowa, barwna makieta wnętrz Joanny Kluj pt. Pryzmatia. W sypialni leży w zastygłej pozie na lalkowym łóżeczku stylizowana postać, możliwe, że to właśnie Joanna. Atmosfera jest równie nostalgiczna co w pracy Stefaniak, może nieco bardziej melancholijna. Nad łóżkiem zgromadzony spory zestaw barwnych grafik w przeróżnych konwencjach stylistycznych. Niektóre przyklejone są taśmami do ściany, co podkreśla ich doraźny, najprawdopodobniej zmienny dobór, bo przecież to tylko reprodukcje…

Tymczasowość, nietrwałość (cecha immanentna dla reprodukcji) pojawia się w interesującej odsłonie w pracy Agaty Lutowskiej Gabaryty (druk cyfrowy). To wyrzucone na ulicę meble; z ich usunięciem z domu trzeba zdążyć na tzw. gabaryty, czyli zbiórkę śmieci problematycznych. Autorka, wycinając je cyfrowo z tła, nadaje tym sprzętom dostojniejszy wymiar: stają się one obiektami sztuki, a ich reprodukcje oprawione w eleganckie ramki nobilitują znane kształty i przenoszą w sferę symboliczną.

Na wystawie sporo jest prac oscylujących wokół pojęcia domu. Jedną z nich jest instalacja Granice normalności Weroniki Stefaniak, która woła o refleksję nad zagładą. Konstrukcja schematycznego domu o spadzistym dachu nie do końca budzi wstrząs, mimo użycia drutu kolczastego z 1945 roku.

Ciekawą znaczeniowo pracą jest cykl trzech sitodruków: Wichrowe Wzgórze Julii Feikisz. Konstelacje punktowych i linearnych połączeń, przypominających neurony lub gwiazdozbiory, najpierw na fotografii matki i niemowlęcia, a pod nią, podobne konstelacje na rozległej fasadzie bloku, niepokojąco uświadamiają fakt, że nikt nie jest samotną wyspą. Reprodukowane w naszych głowach, neuronach, pokoleniowe traumy, schematy myślenia, stanowią łamigłówkę, od której można się uwolnić, jak sugeruje autorka w ostatniej pracy, pozbawionej już siatki powiązań.

Jednym z wyróżniających się motywów na wystawie jest multiplikacja, nagromadzenie motywów, z pozoru identycznych, czy chociażby podobnych, jak na przykład w realizacji Krystiana Florczyka przedstawiającej zmultiplikowaną figurkę Wenus z Willendorfu. Autor korzysta z powszechnie znanego oryginału i go jedynie reprodukuje, multiplikuje sześciokrotnie. Jednak poprzez ścisłe scalenie tych postaci w zwartą jedność, tworzy nową jakość, oryginalną pracę. Zmutowanie Wenus i stworzenie z niej nowej wartości – rzeźby syjamskich sześcioraczków dobrze obrazuje jedną z myśli z tekstu kuratorskiego Macieja Kuraka: „Powtórzenie nie opiera się tutaj na powieleniu tego samego (…) jest raczej transfiguracyjnym przekształceniem”. Przekształceniu, przede wszystkim barwnemu, uległa Bursztynowa komnata Tomasza Lubockiego. Ten cykl czterech serigrafii na organzie reinterpretuje okładziny ścian słynnej komnaty, odtworzonej obecnie na podstawie czarnobiałych zdjęć. Abstrakcyjny, organiczny motyw, dzięki nadaniu intensywnej oranżowej barwy i wykorzystaniu półprzezroczystej organzy (ukłon w stronę właściwości bursztynu) tworzy autonomiczne dzieło, a nie kopię. Swoją monumentalną formą stanowi klamrę zamykającą po lewej stronie wystawę. Druga część tej wyrazistej klamry znajduje się po prawej stronie od wejścia. To praca Urszuli Marcinkowskiej pt. Matka/Matryca (sitodruk na płótnie), również monumentalna, też o oranżowej dominancie. Opiera się na multiplikacji znanego motywu Matki Boskiej Częstochowskiej. Setki zeskanowanych dewocjonalnych reprodukcji, z których zbudowana jest praca, kierują uwagę na „napięcie między oryginałem a kopią” – jak pisze autorka w intrygującym opisie towarzyszącym tej realizacji. Kopia kopii, nawarstwiona, to kwintesencja idei reprodukcji, dodatkowo zintensyfikowana przez reprodukcyjną rolę społeczną wszystkich matek.

Według Heinricha Wölfflina w każdej epoce istnieje odmienna forma widzenia. Ta opracowana ponad sto lat temu teoria ma swoje potwierdzenie we współczesnej neurobiologii, gdzie dowodzi się, że ewolucyjnie wykształcone struktury mózgu i wrodzone oraz wypracowane pod wpływem środowiska mechanizmy przetwarzania informacji modelują sposób odbioru rzeczywistości. Interpretowanie nagromadzonych zjawisk, bodźców reprodukowanych ponadnormatywnie, być może skłoniło młodych twórców do wyciszenia, skupienia, wręcz skromności w operowaniu językiem formy. Starają się nie epatować gwałtowną ekspresją wizualną (z czym młoda sztuka potocznie jest kojarzona), dążą raczej do filozoficznej refleksji niż do emocjonalnego irracjonalizmu, jednocześnie wagi emocjom nie odbierając.


Reprodukcja
Wystawa końcoworoczna Wydziału Grafiki Artystycznej UAP (studia stacjonarne i niestacjonarne)
Plac Wielkopolski 10/11, Poznań
Czas trwania: 19.06–28.06.2026

Kurator: Maciej Kurak
Koordynacja: Marta Chudy
Współpraca: Wydział Grafiki Artystycznej UAP, Biuro Promocji UAP, Dział Techniczny UAP, ZKZL

Zobacz także:

41 i 42. edycja Konkursu im. Marii Dokowicz na najlepszy dyplom UAP

Recenzja wystawy 41. i 42. edycji Konkursu im. Marii Dokowicz. Wystawa odbyła się na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Autorka recenzji: studentka Edukacji Artystycznej UAP, Weronika Szaładzińska...