Sprawa jest zamknięta. Wywiad z Piotrem Bosackim

Film Dzięki uprzejmości artysty jest utworem literackim. Najważniejszy jest w nim tekst, czyli gadanie. Warstwa wizualna to w zasadzie dodany później komentarz – mówi Piotr Bosacki.

Marek S. Bochniarz: Realizując Dzięki uprzejmości artysty, powrócił Pan po latach przerwy do niegdyś uprawianej przez siebie konwencji tzw. filmu mówionego.

Piotr Bosacki: Dzięki uprzejmości artysty jest filmem literackim. Od biedy jego warstwa słowna mogłaby funkcjonować jako tekst autonomiczny. Gdyby wizualnej warstwy filmu nie było albo jeśli gdybyśmy dodali do tekstu nieruchome ilustracje, to nic wielkiego by się nie stało.

Chciałbym się w tym miejscu podzielić uwagą ogólną o literaturze. Człowiek – czy chce czy nie chce – przeważnie myśli. Jedna myśl wywołuje drugą. Ciąg następstw myślenia – ciąg zdań w głowie – jest, przynajmniej w pewnym zakresie, nieograniczony. Jak sobie napiszemy kawałek tekstu, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że możemy go komentować bez końca. Często bywa tak, że gdy napiszę tekst do filmu, a potem dodatkowo zrobię do niego warstwę wizualną, to jestem gotów napisać obszerniejszy tekst, który będzie komentarzem do tego pierwotnego. To naturalna skłonność każdego człowieka – tak samo jak myślenie o tym, co zrobiliśmy wczoraj.

Należy Pan do osób, które w bardzo ciekawy sposób piszą scenariusze czy może – projektują struktury swoich filmów.

Struktura Dzięki uprzejmości artysty jest trochę przypadkowa. To film o pamięci w ogóle, czyli na bardzo szeroki temat. Co ciekawe – realizując go kierowałem się założeniem, że ma trwać około dziesięciu minut. To może brzmieć śmiesznie, ale to poważna sprawa. Widz filmu galeryjnego – a więc przebywający w miejscu, gdzie zazwyczaj nie ma krzeseł i trzeba stać – statystycznie nie jest w stanie obejrzeć filmu dłuższego niż dziesięć minut. Stąd takie przyjąłem sobie założenie.

Mam dużo notesów. Wybrałem z nich w sposób mniej lub bardziej dowolny różne notatki i uwagi na temat szeroko pojętej pamięci. Skleciłem z nich utwór, który wyraźnie dzieli się na sekcje. Te sekcje z jednej strony mają z sobą coś wspólnego, ale z drugiej strony właściwie mogłyby nie mieć i równie dobrze występować jako osobne wierszyki czy krótkie artykuły.

Czyli pisząc te „scenki”, które złożyły się ostatecznie na film, realizował Pan fragmenty wizualne w zasadzie osobno?

Tak.

Przy okazji Dzięki uprzejmości artysty powrócił Pan do pisania tekstów, które są zabawne. Przy ich pierwszej lekturze śmiejemy się z obecnych w nich żartów, a dopiero potem docierają do nas, kryjące się za tymi żartobliwymi zdaniami sensy. Przy jednej z naszych poprzednich rozmów przyznał Pan, że w pewnym momencie zrezygnował z tego rozwiązania mając jednak poczucie, że publiczność śmieje się z gagów i nie zawsze dociera do sedna. Skąd zatem chęć powrotu do tego rozwiązania?

Dzięki uprzejmości artysty – i tu znowu nie wiem do końca, czy żartuję, czy mówię poważnie, bo na tym to właśnie polega – w jakimś sensie jest naprawdę filmem edukacyjnym dla młodzieży. Są w nim przedstawione niektóre problemy podstawowe. Zostały one wyłożone na tacy. Robiąc film edukacyjny trzeba sobie jakoś zaskarbić uwagę słuchacza. Jest takie powiedzenie: „(…) ucząc bawi”. To stara, psychologiczna prawda, że jak coś jest zabawne, to wzrastają szanse na to, że podczas tej zabawy ktoś się czegoś nauczy.

Słuchając niektórych rzeczy w cudzym wykonaniu nie wiemy, czy ktoś żartuje, czy mówi poważnie. Dzieje się tak dlatego, że jest to żartem i prawdą w tym samym czasie. Wiele spraw i myśli na świecie układa się w taki sposób w naszych i cudzych głowach, że stają się żartem samoczynnie.

Dzięki uprzejmości artysty możemy się też zapoznać ze sposobami, w jaki realizuje Pan animacje.W pierwszej sekwencji z perłami sięga Pan po fizyczne obiekty, którymi manipuluje poklatkowo przed aparatem fotograficznym. Pana wczesne filmy też zawierały tego rodzaju, nierysunkowe manipulacje. Dlaczego lubi Pan sięgać po ten chwyt?

Założywszy z góry, że będzie to film z nutą rozrywkową, pozwoliłem sobie na swobodny przegląd różnych technik animacyjnych, bo ja po prostu lubię animację. Żartobliwość filmu pozwoliła mi na swobodę pod tym względem. Bo wszystko jedno, co przy tym filmie zrobiłem – i tak było w miarę dobre. Warstwa wizualno-obiektowa miała być z założenia lekka. Nawet jeśli nie jest zabawna, to nie można jednak o niej powiedzieć, że jest poważna.

W pierwszej scenie pojawia się różowa plastelina i perełki. To wyraźne odwołanie do pewnego nurtu prac studenckich, w których wykorzystana jest estetyka zabawkowo-śmietnikowa. To trochę tak, jakby otworzyć szufladę w dziecinnym pokoju, a w niej natrafimy na części zabawek i tak dalej. Teraz urosło to do szerokiego nurtu galeryjnego. Na przykład na Instagramie jest bardzo poważnie traktowane przez wielu krytyków sztuki konto Tzvetnik, na którym jest prezentowana właśnie taka estetyka.

Co do perełek mogę także wspomnieć prace Ady Karczmarczyk, ostatnio pojawiającej się w mediach z powodu swej aktywności artystycznej. Jej rocznik na Uniwersytecie Artystycznym był jednym z pierwszych, który w bardzo wyraźny i otwarty sposób stosował zabawkową estetykę, która miała być rodzajem odpoczynku od powagi sztuki – cokolwiek to znaczy.

Dlaczego w części, w której opowiada Pan o pisaniu dziennika, sfotografował Pan wydruki komputerowe zamiast zrobić animację od razu w komputerze?

Animacja składa się z kartek. Na każdej z nich znajduje się kolejna faza ruchu. W tym przypadku poszczególne obrazy nie były rysowane odręcznie, tylko stworzone w programie graficznym w komputerze, a potem wydrukowane.

Fotografowałem wydruki – każdą kartę z osobna – i powstała w ten sposób animacja klasyczna. Jest to po prostu odwołanie do tradycji animacji. Dzięki uprzejmości artysty opowiada o starych rzeczach. Zaprezentowane w nim idee dotyczące pamięci – w tym teza, że nie ma informacji bez nośnika – są koncepcjami osiemnastowiecznymi. W scenach z wykresami i układem współrzędnych odnoszę się do starych, matematycznych papierów. Z kolei w przypadku przesuwającej się mapy świata odwołuję się do dawnych planów. Dlatego zdecydowałem się fotografować wydruki, zamiast zrealizować animację komputerową.

Czy lubi Pan grać z uwagą widza? W scenie z mapą konturową świata widzimy, jak przewija się w poziomie rzut kontynentów, które z czasem jednak ustępują fantastycznym, nieistniejącym tworom – by na końcu wrócić do układu ziemskich, istniejących kontynentów.

To efekt tęsknoty za odkryciem Ameryki: marzenia, że jeśli przekroczymy kolejny ocean, to natrafimy na coś nowego. Dzisiaj wiemy jednak, że sprawa jest zamknięta – w sensie przenośnym i dosłownym – bo płaszczyzna mapy zamknęła się w sferę. A na tej sferze nie będzie żadnego, nowego kontynentu. Możemy ewentualnie polecieć na Marsa. Ale to już będzie inna kulka.

Dzięki uprzejmości artysty pojawia się też scena instruktażu, w której narrator instruuje widza, jak malować spirale, robiąc to „pędzlem nie za szerokim”. Ta scena przypomina trochę filmy prezentujące przebieg mniej i bardziej kontrolowanych procesów fizycznych, które można było zobaczyć na Pana wystawie Sprawa jest w załatwianiu w Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w 2015 roku. Co Pana pociąga w obserwowaniu takich działań?

Co mnie pociąga na przykład w malowaniu akwareli?

Tak – i w eksperymentach, w których rozpuszcza Pan w akwariach różne obiekty, jak choćby rzeźby długopisowe?

W uprawianiu akwareli pociąga mnie akwarela. A w rozpuszczaniu plastików w acetonie pociąga mnie patrzenie, jak plastik w acetonie się rozpuszcza. Można chyba z tego wyciągnąć ogólny wniosek, że samoczynne działanie materii jest fascynujące. Stąd już krok do animizmu, który wbrew pozorom zawsze dobrze się sprzedaje. W awangardzie myślowej czy filozoficznej stale obecne są aspekty animizmu – że życie to materia, a materia to życie.

Tak, jak cieszymy się, oglądając, jak bawią się kotki i pieski – a nie mamy żadnego wpływu na to, że się nam to podoba – tak będziemy się fascynować tym, jak w acetonie rozpuszcza się kawałek plastiku – tym, że „coś dzieje się samo”.

Poza byciem praktykiem, przez lata był Pan również dydaktykiem. Czy mógłby Pan o tym opowiedzieć?

Moje nauczanie filmu animowanego było bardzo skromne. Pod moją opieką studenci zrobili bodajże z trzy filmy animowane. Jestem nauczycielem na Intermediach. Studenci zajmują się tam wszystkim, a przez to, że animacja jest czasochłonna, to należy do rzadkości. Film animowany jest sprawą żmudną, co sprawia, że zajmuje się nim specyficzny typ człowieka. Ma to coś wspólnego z introwertyzmem.

Studenci konsultowali też z Panem inne prace filmowe.

Tak, oczywiście – były to jednak głównie filmy wideo. Natomiast istnieje też zjawisko, że niektórzy studenci uczący się na kierunku Animacja przychodzą na Intermedia – ostatecznie po to, aby porzucić film animowany i zająć się czymś innym.

Filmy animowane i prace wideo tworzone przez studentów na takich kierunkach jak Intermedia czy w ramach pracowni filmu eksperymentalnego znacznie się różnią od tych, które powstają na wydziałach i w katedrach animacji. W tych pierwszych nacisk kładzie się na pracę konceptualną, a w tych drugich uczy się przede wszystkim samego rzemiosła. Czy dla Pana ta różnica jest istotna, czy bardziej liczy się przekazanie pewnych refleksji – bez względu na to, w jakiej technice?

Czyli mówimy o różnicy pomiędzy „techniką” a „treścią dzieła”? Czasami trudno rozróżnić. W abstrakcji forma jest treścią. A czy mógłby pan doprecyzować pytanie?

Rozmawiałem z kilkoma absolwentami animacji Szkoły Filmowej w Łodzi, którzy nie byli usatysfakcjonowani z odbytej tam edukacji. Mieli wrażenie, że nauczyciele skupiali się wyłącznie na wykładaniu rzemiosła i szkolnym, poprawnym budowaniu nijakich opowieści. A że z samą treścią było znacznie gorzej, stąd ci absolwenci wiele tworzonych tam animacji odbierali jako bardzo infantylne. Powiedzielibyśmy, że były to takie „kreskówki” dla niedojrzałego odbiorcy. Czy na etapie edukacji w takich ośrodkach studenci powinni szlifować warsztat, a nauka budowania dobrych opowieści jest sprawą drugorzędną?

To znane zjawisko. To kwestia specjalizacji „wydziałów sztuki”. Na uczelni artystycznej fotografowie zazwyczaj mają swoją bańkę, a malarze swoją. Tak zwany „film galeryjny” to inna bańka. Film animowany – inna. Nie można się zajmować wszystkim – i w praktyce nie da się uprawiać „totalnych” Intermediów.

Z reguły „artyści galeryjni” nie mają wielkiej sympatii do teatru. Są nim zakłopotani. Teatr ma wiele składników i stąd trudno, aby wszystkie prezentowały tą samą jakość. To się oczywiście zdarza, ale rzadko. Stąd zwykle coś nam nie pasuje w przedstawieniu. Jeśli jest piękna scenografia i muzyka, to spektakl siada literacko. A jak literacko jest wspaniale, to na przykład muzyka jest słaba. To trudne dla artysty indywidualisty, który chciałby panować nad wszystkim.

Film animowany – oprócz tego, że opiera się na stop motion – jest przede wszystkim kinem autorskim. Proszę zwrócić uwagę na to, że wielu twórców filmu animowanego nie robi animacji dlatego, że lubi żmudną robotę, ale z tego powodu, że woleliby nie współpracować z innymi ludźmi. To bardzo ważny czynnik.

Jeśli chodzi o nauczanie filmu animowanego na wydziałach animacji, to występuje na nich pewne zjawisko. Jest na takim wydziale grupa ludzi wyspecjalizowanych w fotografowaniu kolejnych faz ruchu, kolejnych układów plasteliny, soli, wycinanki, rysunku ołówkowego. Uzyskują w ten sposób iluzję ruchu i niekiedy są mistrzami w tej dziedzinie. Natomiast „fabuła filmu”, scenariusz, jest z reguły sprawą drugorzędną. Literacka warstwa filmu to tzw. dobrodziejstwo inwentarza. Wyraźnym tabu na wydziałach animacji jest fakt: Jesteśmy animatorami, a nie literatami.

Kilka lat temu przestał się Pan zajmować realizacją filmów, a skupił się na tworzeniu innych prac – takich jak wiersze, rysunki, kolaże czy obiekty-gabloty – Wiersze dwustronne prezentowane w Muzeum Narodowym w Poznaniu i galerii FWD:. Dlaczego? Czy trochę znużyło Pana medium filmu i szuka Pan w innych formach nowej energii i inspiracji? Czy raczej doszedł Pan do wniosku, że czasem wystarczy napisać sam tekst i nie czuje już Pan potrzeby, aby go uzupełniać o film?

Przez ostatnich kilka lat nie robię filmów animowanych z prostej przyczyny. Praca na uczelni wyższej zaanektowała mój kalendarz.

Czy myśli Pan, że w przyszłości będzie robić kolejne filmy?

Zakładam taką możliwość. Ale jest to trudne ze względów czasowych. Dlatego łatwiej jest mi obecnie tworzyć rzeźby i instalacje.

Rozmowa opracowana na podstawie spotkania z Piotrem Bosackim, które odbyło się online 9 listopada w ramach cyklu Warsztat artysty na XXIV Poznańskim Festiwalu Nauki i Sztuki. Tematem spotkania był film eksperymentalny Dzięki uprzejmości artysty. Wydarzenie zostało zorganizowane przez Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu.

Zobacz także:

Historia zamknięta w kawałku metalu

Wystawa w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu Insygnia rektorskie wyższych uczelni państwowych w Poznaniu została zorganizowana z okazji 500-lecia...

Siła inercji – wystawa Zdolni, ale leniwi

Istnieje wiele anglojęzycznych poradników, których tytuły zaczynają się od hasła „Lazy Man’s Guide”. W tym zwrocie autor i wydawca zawierają obietnicę, że dostarczą nam zestawu wskazówek dających się...