Wystawa jako teatr obecności…

Gdy patrzę na te prace, spontanicznie przychodzi mi na myśl również teatr. Nie dlatego, że na obrazach jest coś jednoznacznie teatralnego, lecz dlatego, że wchodząc do galerii i poruszając się pomiędzy tymi wielkimi tkaninami, ma się wrażenie, że przestrzeń zaczyna zachowywać się jak scena.

Panele nie znajdują się po prostu przed nami. Niektóre są zawieszone, inne zdają się wychodzić w przestrzeń, jeszcze inne tworzą przejścia, zasłaniają, a potem odsłaniają to, co znajduje się za nimi. Można się do nich zbliżyć, oddalić, przejść obok krawędzi i nagle znaleźć się przed innym obrazem. Czarne tło galerii potęguje to wrażenie: tkaniny stają się niemal kulisami, ale kulisami, które niosą w sobie obrazy, słowa, kolory i wspomnienia.

I właśnie tutaj wyobrażam sobie cztery postacie.

Wchodzą do galerii i zaczynają rozmawiać o dziele. Każda z nich widzi coś innego i żadnej nie udaje się naprawdę przekonać pozostałych. Jedna chce czytać to, co zostało napisane. Zatrzymuje się przed słowami, łacińskimi zdaniami, znakami wyłaniającymi się z tkaniny. Druga nie chce niczego czytać: patrzy wyłącznie na materię, podchodzi niemal tak blisko, że traci obraz i widzi już tylko nici, węzły, czerwień wchodzącą w błękit, biel zabarwiającą się szarością.

Trzecia natomiast wciąż się oddala. Mówi, że dzieło trzeba oglądać z daleka, ponieważ dopiero wtedy formy zaczynają się na nowo układać. Być może pojawia się jakaś postać, może twarz, może fragment czegoś, co już kiedyś widzieliśmy, ale czego nie potrafimy sobie dokładnie przypomnieć.

Czwarta prawie się nie odzywa.

Chodzi.

Przechodzi za jednym z paneli, znika i pojawia się po drugiej stronie.

I być może to właśnie ona, nie wiedząc o tym, najlepiej rozumie dzieło.

Bo w pewnym momencie cała czwórka przestaje być jedynie ludźmi rozmawiającymi o Banachowiczu i zaczyna stawać się częścią jego instalacji. Ich rozmowa zamienia się w małe przedstawienie teatralne. Jedna osoba wskazuje słowo, druga przechodzi przez scenę, jedna pozostaje niemal ukryta za tkaniną, inna obserwuje pozostałych obserwujących.

Nie trzeba budować sceny: scena już tam jest.

Finisaż wystawy „To, co pozostaje…”

Wielkie powierzchnie tkanin stają się scenografią i kulisami. Puste przestrzenie pomiędzy panelami stają się wejściami i wyjściami. Światło nieustannie zmienia materię. A przede wszystkim pojawiają się ciała.

Zdjęcia wykonane w galerii pozwoliły mi lepiej zrozumieć ten aspekt. Kiedy stoję przed dziełami, moja postać służy oczywiście pokazaniu ich skali, ale dzieje się również coś innego. Relacja pomiędzy ciałem a tkaniną zmienia sposób odbioru dzieła. Przed tymi ogromnymi panelami nie jestem już tylko widzem patrzącym na obraz. Jestem obecnością wewnątrz przestrzeni, którą obraz stworzył.

Na jednym ze zdjęć wskazuję palcem napis „Ave Silentio”. Gest jest niemal komiczny w swojej prostocie: zdanie, które mówi o ciszy, zostaje wskazane, pokazane, niemal wezwane do tego, aby przemówiło. Na innym zdjęciu unoszę palec przed wielkimi, zawieszonymi panelami, jakbym próbował coś wyjaśnić. Ale za mną obrazy pozostają niejednoznaczne i zdają się wymykać każdemu wyjaśnieniu.

Podoba mi się ta sprzeczność.

My mówimy, a dzieło milczy.

Próbujemy je interpretować, a ono nadal po prostu pozostaje materią.

Potem pojawiają się inni ludzie. Spotykamy się, śmiejemy, robimy sobie zdjęcia. Ktoś pojawia się pomiędzy panelami. Ktoś inny patrzy z zewnątrz. Przez kilka minut wystawa ponownie zmienia swój charakter. Nie jest już tylko ekspozycją: staje się spotkaniem.

I właśnie tutaj wyobrażam sobie scenę z czterema postaciami.

Mogłyby poważnie dyskutować o pamięci, wolności, historii, piśmie. Mogłyby cytować łacinę pojawiającą się w pracach. Mogłyby zastanawiać się, co znaczą ledwie widoczne figury. Ale jednocześnie mogłyby poruszać się pomiędzy tkaninami, ukrywać się, pojawiać, zmieniać swoje położenie.

Stopniowo trudno byłoby odróżnić, kto interpretuje dzieło, a kto sam stał się jego częścią.

Wydaje mi się to szczególnie bliskie twórczości Banachowicza, ponieważ również w jego pracach poszczególne kategorie nigdy nie pozostają całkowicie rozdzielone. Obraz staje się tkaniną, pismo staje się obrazem, tkanina staje się obiektem, a obiekt wchodzi w przestrzeń.

W podobny sposób, w mojej małej, wyobrażonej scenie, widz staje się postacią, a galeria staje się teatrem.

Na końcu pozostawiłbym cztery postacie w milczeniu.

Po długiej rozmowie zatrzymują się przed jednym z wielkich paneli. Nikt już nie próbuje niczego wyjaśniać.

Patrzą.

Z daleka widzą obraz.

Zbliżają się.

Obraz znika i pozostają nici.

Zbliżają się jeszcze bardziej.

Pozostaje już tylko materia.

Potem jedna z czterech osób powoli cofa się i obraz pojawia się ponownie.

Być może właśnie ten niewielki ruch – zbliżyć się, stracić obraz z oczu, oddalić się i ponownie go odnaleźć – jest jednym z najpiękniejszych doświadczeń, jakie proponują nam te dzieła.

I wtedy kończy się również teatr.

Pozostają cztery osoby w galerii, przed czymś, co wciąż się zmienia w zależności od odległości, z której na to patrzymy.


Wystawa prac prof. Andrzeja Banachowicza pt. To, co pozostaje…
Galeria Test
ul. Marszałkowska 34/50
Warszawa
Czas trwania: 29.07 – 28.08.2026

Kuratorka wystawy: Anna Hlebowicz

Zobacz także: